×

Juliusz Tyszka – SKRZEP we własnym domu / ilustracje: Jacek Frąś

Juliusz Tyszka

SKRZEP we własnym domu

Okładka i grafiki: Jacek Frąś

Wydanie: pierwsze
Rok wydania: 2021
Oprawa: miękka
Objętość: 86 stron
Format: 148×210 mm
Kategoria: beletrystykaISBN 978-83-66476-40-0

Gdy w roku 2011 przygotowywałem do druku zbiór dialogów ze stanu wojennego, jego tytuł – Skrzep narzucił mi się wręcz nieodparcie – życie społeczne było wtedy zablokowane przez instytucjonalną, państwową przemoc, a zator krwiobiegu międzyludzkich relacji groził nagłą śmiercią. Na szczęście przydarzył się cud końca lat osiemdziesiątych i blokada oddaliła się gdzieś w głąb układu krwionośnego.
Zmienił się ustrój, ale „skrzep” niestety pozostał w formie powszechnej agresji, wszechobecnej w latach dziewięćdziesiątych, potem nieco stłumionej, lecz teraz dojmująco powracającej, jako że nasze społeczeństwo jest radykalnie podzielone, a dzisiejsza władza centralna nie powstrzymuje agresji, lecz ją stymuluje.
Skalę tej polskiej agresji, wzmożonej powszechnym brakiem szacunku dla prawa i norm codziennego współżycia, odczułem bardzo boleśnie po powrocie latem 1993 ze stypendialnego pobytu w Nowym Jorku. Dziesięć miesięcy spędzonych na „wulkanie Manhattanu”, czyli w miejscu skrajnie tłumnym, gorącym, w wielu momentach zagrażającym ludzkiej integralności czy nawet życiu, nauczyło mnie powszechnie tam stosowanej ekonomii międzyludzkich kontaktów. Na nic się ona zdała po powrocie do Polski – z przerażeniem patrzyłem na powszechne u nas zachowania, które tam ograniczone były do środowiska społecznego marginesu. W którymś z tekstów zamieszczonych w tomiku Manhattan codzienny napisałem, że gdyby mieszkańców i mieszkanki Wyspy Wielkiego Pieca zastąpić tak samo liczebną populacją rodaczek i rodaków, to przy powszechnym niemal dostępie do broni palnej wykończyliby się nawzajem w ciągu kilku miesięcy.

W tamtym Skrzepie było dużo więcej ironii, humoru, nawet odrobina dobrych emocji wobec co poniektórych żołnierzy i milicjantów. Tu jest mniej ironii, a humor jest gorzki i zgryźliwy. Tamta rzeczywistość była sama w sobie już tak tragiczna, że nie dało się jej opisać bez ironicznego dystansu i wychwytywania cząstek normalnego człowieczeństwa. A tu mamy po prostu codzienną „normalkę” lat dziewięćdziesiątych, potwornie wkurzającą, bo już całkiem naszą, wobec której pozbawieni byliśmy komfortu zganiania wszystkiego na zmitologizowaną „komunę”.

Juliusz Tyszka
(fragmenty ze wstępu)

  •  
  •  
  •  
  •